Własny magazyn w firmie: szkolić pracowników czy szukać gotowych operatorów?
Firma, która rośnie na tyle, że potrzebuje magazynu z prawdziwego zdarzenia, szybko trafia na problem, którego nikt nie planował na etapie biznesplanu: kto będzie jeździł wózkiem. Przy kilkudziesięciu paletach dziennie ręczny paleciak przestaje wystarczać. Regały wysokiego składowania wymagają wózka z masztem, a wózek z masztem wymaga operatora z zaświadczeniem kwalifikacyjnym UDT. I tu zaczyna się dylemat, który każdy właściciel firmy produkcyjnej lub handlowej rozstrzyga po swojemu — nie zawsze dobrze.
Opcja pierwsza: rekrutacja z uprawnieniami
Najprostsza na papierze. Ogłoszenie, kandydaci z zaświadczeniami, szybkie wdrożenie. W praktyce rynek operatorów jest rynkiem pracownika: duże centra logistyczne w okolicach aglomeracji płacą stawki, z którymi mała firma trudno konkuruje, i oferują premie za przejście z konkurencji. Operator z pięcioletnim doświadczeniem i uprawnieniami na kilka kategorii urządzeń ma wybór, a mała firma bez marki pracodawcy zwykle nie jest pierwszym z nich.
Dochodzi drugi problem: rotacja. Operator zatrudniony wyłącznie do jazdy wózkiem, bez innych zadań, w małym magazynie nudzi się, a znudzony fachowiec odchodzi do większego gracza przy pierwszej okazji. Firma zostaje z wózkiem, regałami i nikim, kto ma prawo tego dotknąć.
Opcja druga: szkolenie własnych ludzi
Alternatywa, którą coraz więcej firm wybiera świadomie, to wysłanie na kurs pracowników już zatrudnionych — magazyniera, pakowacza, pracownika produkcji, kierowcy, który i tak rozładowuje auto. Osoba, która zna firmę, zna towar, zna układ hali, po kilkudziesięciu godzinach szkolenia i zdanym egzaminie staje się operatorem, którego nie trzeba wdrażać od zera.
Koszt jest przewidywalny i stosunkowo niski: cena kursu wraz z opłatą egzaminacyjną to kwota porównywalna z jedną czy dwiema premiami rekrutacyjnymi w dużej logistyce. Zdobyte uprawnienia są ważne pięć lat. Co istotne, taki pracownik zwykle zostaje — bo pracodawca zainwestował w niego, a uprawnienia dały mu podwyżkę i poczucie, że jego praca ma wartość rynkową.
Dla firm, które dopiero budują magazyn, sensowną ścieżką jest kurs na magazyniera z obsługą wózka widłowego, który łączy uprawnienia operatorskie z podstawami gospodarki magazynowej: przyjęcia, wydania, dokumentacja, zasady składowania. Pracownik po takim szkoleniu nie tylko jeździ, ale rozumie, dlaczego towar leży tam, gdzie leży, i co się stanie, jeśli przyjmie dostawę bez sprawdzenia.

Czego nie wolno robić
Istnieje jeszcze opcja trzecia, o której nikt nie mówi głośno, a która w małych firmach jest nagminna: „Zbyszek jeździ, bo umie”. Bez zaświadczenia, bez egzaminu, na zasadzie, że wózek to przecież nie rakieta. Do pierwszego wypadku. Albo do pierwszej kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, która po wypadku przyjdzie na pewno.
Dopuszczenie do obsługi urządzenia dozorowego osoby bez kwalifikacji to wykroczenie z Kodeksu pracy, za które odpowiada osoba kierująca pracownikami, a przy skutkach w postaci obrażeń — przestępstwo z Kodeksu karnego. Ubezpieczyciel, który dowie się o braku uprawnień operatora, ma podstawę do odmowy wypłaty. Oszczędność kilkuset złotych na kursie może skończyć się kosztem, który zamknie firmę.
Jak to policzyć
Prosty rachunek dla firmy z jednym wózkiem i dwoma zmianami: potrzeba co najmniej dwóch, lepiej trzech przeszkolonych osób, żeby urlop czy zwolnienie nie zatrzymały magazynu. Trzy kursy to wydatek jednorazowy, rozłożony na pięć lat ważności uprawnień. Rekrutacja trzech operatorów z zewnątrz przy dzisiejszych stawkach i rotacji to koszt powtarzalny i trudny do przewidzenia.
Dochodzi jeszcze argument organizacyjny: wyszkolony własny pracownik może łączyć obsługę wózka z innymi zadaniami, co w małej firmie jest nie tyle zaletą, co koniecznością. Etatowy operator „tylko od wózka” w magazynie, gdzie wózek pracuje trzy godziny dziennie, to etat w połowie pusty.
Decyzja na lata
Najrozsądniejsze firmy robią obie rzeczy naraz: zatrudniają jednego doświadczonego operatora, który zna się na rzeczy i może ustawić procesy, a równolegle szkolą dwóch, trzech własnych ludzi jako zaplecze. Tak zbudowany zespół nie zatrzymuje się, kiedy ktoś odchodzi, i nie generuje ryzyka prawnego, kiedy ktoś się myli. Ta druga korzyść zwykle okazuje się ważniejsza, choć docenia się ją dopiero, gdy coś pójdzie nie tak.
